Nowoczesność i przyzwyczajenia.

Kilka dni temu byłem z dzieckiem w szpitalu na kolejnych rutynowych badaniach. Szpital jest w miarę zadbany, pomalowany, na korytarzach wiszą rysunki pacjentów, na oddziale, który nas przyjmuje jest sala pobytu dziennego. Nie trzeba już nosić obrzydliwych toreb plastikowych na butach – okazały się niepotrzebne, a nawet szkodliwe i zostały szybko usunięte z większości szpitali dzięki akcji prasy sprzed paru lat. Nie trzeba już chwalić się płacą, bo do sprawdzenia ubezpieczenia wystarczy PESEL. Koło 1998 r. też można było łatwo sprawdzić stan ubezpieczenia, nawet przez Internet, ale potem jakby film się urwał i dopiero teraz można znowu. Nie jest nawet zbyt uciążliwa konieczność pilnowania żeby lekarka wydała wymagane od pewnego czasu skierowanie na następne rutynowe badanie, zresztą same o tym pamiętają.

różne zakazy na tablicy, a na środku telefon do fanatyka, który ma numer w telefonii o. RydzykaRóżne zakazy na tablicy ogłoszeń, a na środku telefon do fanatyka, który ma numer w telefonii o. Rydzyka.

Za pozorami nowoczesności i postępu kryje się jednak dość uciążliwa rzeczywistość. Przede wszystkim brak informacji i komunikacji. Trudno się dodzwonić i umówić (o e-mailu chyba nie słyszeli), ale kiedy się to w końcu uda, lekarka prowadząca nie zawsze wie czy będzie chciała pobrać krew, czy nie. Przyjść należy rano. W zasadzie im wcześniej tym lepiej, można nawet o świcie, przed 8, ale z drugiej strony ten, kto przyjdzie godzinę wcześniej i tak wyjdzie po południu, razem z tymi, którzy przyszli później.

Typowy dzień w szpitalu: melduję się w izbie przyjęć o 8:30 i już po 1,5 godziny w kolejce możemy iść na oddział. W izbie przyjęć podejście jest w miarę uprzejme, ale nikt nie wyjaśnia po co wiązać dziecku identyfikator na ręce (mogę się domyślać, ale brakuje informacji), a pielęgniarka odzywa się do mnie „niech tata…”, więc informuję ją, że nie jestem jej tatą. Nie znoszę tej szpitalnej upupiającej formy „grzecznościowej”.

Już na oddziale powoli zaczynają się badania. Czasem tylko wagi i wzrostu, czasem dochodzi pobranie krwi. W celu zrobienia tych skomplikowanych badań dziecko jest zapisywane na oddział i formalnie spędza dzień w szpitalu. Dochodzi do badań, czasem są przy tym studenci. Lekarka wygłasza wymówki co do dawkowania leków. Wyjaśniam, że na wszelki wypadek podliczyłem dane z ostatnich kilku miesięcy, ale jeżeli chodzi o poprzedni okres, to miałem je podliczone poprzednim razem, tylko i tak nigdy nikt nie pyta. Jedna z lekarek wymyśliła w zeszłym roku, że dziecko pobrało bardzo mało dawek w zastrzykach. Było ich rzeczywiście za mało, ale jednak kilka razy więcej niż jej się zdawało. Zresztą nie miała danych, na podstawie których mogłaby zrobić takie wyliczenia. Ta liczba z sufitu jest jednak ciągle powtarzana – brak przepływu informacji, a nawet niechęć do jej przepływu. Dowiadujemy się w końcu, że tym razem krew będzie pobierana. Pobranie. Teraz czekamy na podsumowanie i dawkę lekarstwa.

Wszelkie badania kończymy koło 11:30. Mija pół godziny, godzina. Opiekunowie pacjentów z krótszym stażem są zdziwieni tym zastojem, ja już jestem przyzwyczajony do czekania, bez informacji na co. Nie kładę dziecka na łóżku w sali pobytu dziennego, siedzimy na dość wygodnych krzesłach przed salą.

Jakie to szczęście, że nie zostaliśmy zakwaterowani w części dla chorych. Zdarzają się nam dłuższe badania, z rzeczywistym pobytem w szpitalu. Sala dla chorych jest zastawiona łóżkami, niewiele miejsca zostaje dla opiekunów, chociaż nie wszystkie dzieci ich potrzebują. Cały dzień w jakieś dziewięć osób w takim niewielkim pokoju jest dość trudny do przeżycia. Kiedyś były rozkładane fotele, ale się zużyły, teraz opiekunowie mogą spędzić noc na krzesłach albo na skraju łóżka, czasem znacznie większego od pacjenta – ale to jest nielegalne. Trudno wymagać lepszych warunków, pewnie nie ma pieniędzy. Ale w sali wisi na ścianie… telewizor. W każdej. Co za koszmarny pomysł! W taki ścisk wtykać jeszcze pudło migające przed oczami i generujące hałas! Może to z innych pieniędzy, a poza tym żeby włączyć, trzeba wrzucić monetę. Ale przecież to szpital dla dzieci. Czy dzieci muszą koniecznie oglądać telewizję? Skąd w ogóle taki pomysł? Pytałem kiedyś jedną lekarkę, z tych bardziej uprzejmych, z którymi da się rozmawiać. Nie wiedziała.

Na szczęście my nie jesteśmy zmuszani do oglądania telewizji, siedzimy w innej części korytarza. Dochodzi godz. 13, opiekunowie zaczynają się denerwować czekaniem. Dziecko się nudzi koszmarnie, ja też. Opaska na ręce drażni. Dorosły by wytrzymał bez trudu, ale dla dziecka to trudne – „kiedy mogę to zdjąć?”. Dziecko nawiązuje do reprymend i pouczania: „mieli nas pochwalić” (za regularne ostatnio stosowanie lekarstwa). Tymczasem warczą. Obrażeni? Sfrustrowani? (np. małymi płacami?) Czy tylko przyzwyczajeni, że na tym malutkim odcinku rządzą? A może to takie odwieczne zwyczaje, które stały się tradycją, jak te plastikowe torby na nogi, a tradycja to coś, nad czym nikt się nie zastanawia. W ten sposób do dość żmudnego leczenia zniechęca się dziecko, a rodzice z niechęcią myślą o wielodniowych próbach dodzwonienia się do opryskliwej lekarki i godzinach czekania w czasie badań kontrolnych. Zadane kiedyś nieśmiało pytanie o możliwość skrócenia procedury spotkało się oburzeniem. Jeżeli 5 godzin to za dużo, to można zostawić dziecko na 8 godzin i odebrać je po pracy. Świetna rada – pomijająca ten drobny szczegół, że wielogodzinne czekanie jest najbardziej uciążliwe właśnie dla pacjenta, dziecka, i to o niego pytałem. A jak się nie podoba, to są inne szpitale.

Dziecko płacze. Trochę histeryzuje, ale nie dziwię się mu, ja też mam ochotę histeryzować. Pojawiają się wieści, że lekarka poszła na seminarium. Widocznie musiała, ale oczywiście nikomu z oczekujących nie powiedziała, że idzie i kiedy wróci. Koło 13 jest lekarka, przychodzi i mówi, że już za chwilę. Zaczynam mierzyć „chwilę szpitalną”. Trwa tylko pół godziny. Jeżeli poświęcone trojgu pacjentów, to pracowite – trzeba sprawdzić co wyszło z badań krwi i ustalić dawki leków. Wreszcie kolejna krótka nerwowa rozmowa, kolejne reprymendy i pretensje, i możemy wracać. Znowu pięć godzin, jak zwykle.

PS. 2016: Mam ogląd tej samej instytucji również z innych stron. Znajoma młoda lekarka, już z doktoratem, robi kolejną specjalizację. Uczelnia ją zatrudnia, ale tylko od wakacji do wakacji, do uczenia studentów. Mogłaby pracować nad habilitacją, ale w wakacje musi sobie radzić sama. Więc pracuje też w innych miejscach, w tym poza Warszawą, bo w mieście nie ma miejsca dla młodej zdolnej z doktoratem.

Uczelnia, która zatrudnia z przerwami jakiś czas temu przemianowała się z akademii na uniwersytet. Ustawa o szkolnictwie pozwala to zrobić, kiedy liczba dziedzin, w których uczelnia może przyznawać doktoraty przekracza pewien próg. Ale brzmi to pretensjonalnie. Uniwersytet specjalistyczny to oksymoron.

Na tym „uniwersytecie” próbują czasem występować fanatycy religijni. Wynajmują salę tam lub np. w instytucie PAN-u, który też ma rozbudowane zaplecze. Ostatnio jedna grupa została przegoniona, inna odbyła swój antynaukowy konwentykiel. Podobno to już kolejny z serii, a przy organizowaniu kolaboruje jeden z zakładów uczelni. Ale może to już ostatni raz, podobno generalnie zmienia się na lepsze.

Dziecko ma się lepiej, więc chodzimy tylko na kontrole. Ostatnio poszło bardzo sprawnie, może coś się zmienia? Ale to było w trybie przychodni. Obyśmy nie musieli sprawdzać ponownie jak wygląda teraz tryb szpitalny i czy telewizory dalej straszą.

Reklamy

Informacje o rafalmaszkowski

http://pl.wikipedia.org/wiki/Rafał_Maszkowski
Ten wpis został opublikowany w kategorii medycyna, z życia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Nowoczesność i przyzwyczajenia.

  1. bzdetnet pisze:

    Zastanawiam się czy po każdej wizycie w przychodni uderzony organizacyjnymi absurdami powinienem pisać jakieś skargi? Czy to jest straszny koszt, żeby lekarz wypisał receptę tak, żeby pani w aptece umiała ją odczytać? Czy to jest jakiś problem żeby lekarz WYWOŁYWAŁ pacjentów, których nazwiska ma przed oczami? Może też wywoływać po numerku. Czy to jest jakiś straszny dyshonor dla lekarza, żeby po kilkudziesięciu minutowym spóźnieniu przeprosił ludzi, którzy przez jego spóźnialstwo mają zafundowane kilkadziesiąt minut czekania dłużej?

  2. Jacek pisze:

    Rafale, ale to jest polska rzeczywistość. Kilkanaście dni temu byłem w przychodni. Zarejestrowano mnie na 16.30. Wszedłem do gabinetu o 19.15. W gabinecie siedziałem 5 minut !!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s