Mój NZS: na razie drukarnia (4 uzupełnienia)

Przez pierwsze 19 lat życia mieszkałem w Szczecinku. W 1986 r. zdałem na astronomię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Naiwnie spodziewałem się, że nowy student będzie miał do wyboru wiele kół naukowych i organizacji, a na uczelni aktywnie działa podziemie. Zwłaszcza że niedługo wcześniej Toruń, a właściwie głównie toruńscy astronomowie (współpracowało z nimi też wielu fizyków i chemików, jak się dowiedziałem dużo później), zasłynęli nadawaniem napisów na tle państwowego programu telewizyjnego. Niestety, okazało się, że na uczelni nie za wiele się działo, zawiodły również moje nadzieje na złapanie kontaktu z podziemiem przez rodzinę lub znajomych. Na moim roku fizyki i astronomii coś się wykluwało, krążyły nielegalnie wydawane lub sprowadzane z zagranicy książki, ale nie wyglądało na to, że wyniknie z tego coś więcej, więc szykowałem się do kroku desperackiego: zaczepienia Antoniego Stawikowskiego, przewodniczącego zarządu regionu „Solidarności”, zresztą też astronoma, tyle że z Państwowej Akademii Nauk, a nie z UMK (wtedy Centrum Astronomiczne im. Mikołaja Kopernika PAN mieściło się w budynku uniwersyteckim przy Chopina, na tym samym piętrze co astronomia uniwersytecka). Zanim zrealizowałem zamiar, Jarek Garbowski, kolega z fizyki (starszy od większości z nas, a jak się potem od niego dowiedziałem, wyrzucony wcześniej ze szkoły morskiej w Gdyni za udział w demonstracji) zapytał mnie w stołówce co ja właściwie tutaj robię. Odpowiedziałem w sposób, którego chyba nie zrozumieli inni obecni przy stole: infiltruję środowisko. Bo rzeczywiście próbowałem dowiedzieć się kto knuje, tyle że nie w celu likwidacji spisku, ale po to, żeby się do niego przyłączyć. Dla spiskującego Jarka ta odpowiedź była całkiem jasna.

Na razie z działań kolegów, którzy próbowali coś zorganizować nie wyłaniała się jeszcze żadna struktura. Chyba pod koniec 1987 r. byłem na zebraniu, na którym w sporej grupie rozmawialiśmy o odtworzeniu na UMK Niezależnego Zrzeszenia Studentów, któremu nie udało się przetrwać pierwszej połowy lat 80-tych. Ale na początku roku akademickiego jeszcze o tym pomyśle nie słyszałem. Nie pamiętam już jakie możliwości działania rozważaliśmy, ale zwierzyłem się Jarkowi o moim marzeniu: pracy w podziemnej drukarni. Nie myślałem, że realizacja marzeń jest w zasięgu ręki. Jarek stwierdził, że właśnie jedna drukarnia potrzebuje pracownika i że mnie umówi z jej szefem.

I tak spotkałem się ze Zbyszkiem Sośnickim – na Rapaku (placu Rapackiego), z „Trybuną Ludu” w ręce (chociaż chyba nie był to najlepszy sposób kamuflażu…). Jego nazwiska oczywiście wtedy jeszcze nie znałem. Nie pamiętam szczegółów, ale rozmowa rekrutacyjna chyba przebiegła dobrze, tyle że na pracę umówiliśmy się za kilka miesięcy, w wakacje. Miałem możliwość przyjechania na stancję i pracowania od rana do wieczora, jeżeli by była taka potrzeba. Niestety, zaszkodziła nam, koszmarna w tamtych czasach, łączność telefoniczna – trudno się było dodzwonić do Szczecinka, gdzie w lecie byłem u rodziców. Dopiero po powrocie na uczelnię jesienią sprawa pracy zaczęła się konkretyzować. Pracy oczywiście darmowej. Czy zdarzały się jakieś pieniądze – nie pamiętam, nie było to dla mnie istotne. Wydaje mi się, że tylko okazjonalnie, za składanie czasopism lub książek, ale za moją podstawową pracę, drukowanie – nie.

Pierwsze zadania wykonywałem… w Londynie. W październiku 1987 r., w czasie wyjazdu do Wielkiej Brytanii (wyjazd z Adamem Giedrysem ze Szczecinka, krawcem-astronomem, o którym muszę też koniecznie napisać) spotykałem się z podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Krajowych naszego rządu w Londynie. Nie mam pewności czy dobrze kojarzę, ale chyba był to Roman Lewicki. Rozmawialiśmy kilka razy i, mimo mojego pozytywnego nastawienia do Rządu, zaskoczył mnie doskonałą orientacją w sprawach krajowych. No cóż – była to jego praca, nawet jeżeli bezpłatna i po godzinach.  Ministrem był wtedy Ryszard Kaczorowski, którego miałem okazję spotkać, ale nie rozmawialiśmy dłużej. Już wcześniej żona jednego z organizatorów drukarni, Krystyna Antowska-Śmigiel wstępnie uzgodniła, że rząd sfinansuje nam komputer do składu. Ja miałem uzgodnić kwestie techniczne i wybrać model. Niezłe i nie bardzo drogie były Amstrady z CP/M-em, ale uznałem, że lepiej naciągać rząd na peceta, bo stawały się coraz popularniejsze na uczelni. Poza tym miałem przywieźć duże zszywki do książek i poszukać zapasowych łapek do podajnika papieru do offsetu. Zszywki kupiłem, ale łapek nie udało mi się znaleźć. W ramach poszukiwań trafiłem do drukarni, w której drukarz cyzelował czerń na arkuszu „Pulsu”. Arkusz był wielkości około A0, bo offset, na którym drukował był spory, nie taki jak u nas w podziemiu.

Rząd kupił nam komputer, który został wysłany  do Polski samolotem do Warszawy. Odebrałem go kilka tygodni później z Okęcia i przekazałem Staszkowi Śmiglowi, który umieścił go w biurze swojej firmy. Mam nadzieję, że się przydał. Ponieważ Zbyszek należał  do KPN-u (z którym jednak nie miała nic wspólnego drukarnia), przed wyjazdem rozmawiałem z Krzysztofem Królem, któremu po powrocie dostarczyłem od rządu oryginały „Rzeczpospolitej Polskiej”, którą KPN przedrukowywał w kraju. No i jeszcze wiozłem pieniądze, chyba 100 funtów (wtedy to było bardzo dużo), które dla jednego z działaczy warszawskich przekazał mi podsekretarz stanu, z którym się spotykałem.

Mógł to być już listopad, gdy wreszcie nadszedł dzień, kiedy Zbyszek zaprowadził mnie do drukarni wydawnictwa „Kwadrat”. Okazało się, że była przy ul. Młodzieżowej, jakieś 100 metrów od mojej stancji. Miejsce wyglądało bardzo podziemnie. Zawilgocona piwnica, żarówka na drucie, brak ciepłej wody. A pod żarówką – on – powielacz offsetowy. Komuś, kto widział zwykły duży offset może być trudno uwierzyć, że model, na którym pracowałem mieścił się na biurku i był na tyle lekki, że 2-3 silnych ludzi było go stanie przenieść. Offset kieszonkowy na format A4, z napędem elektrycznym. Jako terminator musiałem się najpierw zapoznać z procedurą czyszczenia zespołu farbowo-wodnego, zestawu niezliczonych wałków rozprowadzających cienką warstwę farby i wody na wałku z matrycą. Zespół był o tyle krytyczny, że po wkręcenia się w niego papieru nie mógł dalej prawidłowo działać, zwłaszcza jeżeli drukarz by się zagapił i dopuścił do rozgniecenia tej kartki na miazgę. Szkolenie było dobre, nigdy mi się nie zdarzyło całkowite wkręcenie papieru w zespół. Kiedy się na to zanosiło, czujnie wyłączałem maszynę. Matryca była blachą aluminiową z wytrawionym obrazem strony, z rzędami dziurek na obu końcach. Służyły one do naciągania matrycy na główny wałek. Jak to w druku offsetowym, wałek z matrycą czernił wałek gumowy, a dopiero ten zaczerniał papier, dociskany od dołu kolejnym wałkiem. Papier podawał podajnik, w którym wreszcie zobaczyłem te gumowe łapki, jakich szukałem w Londynie. Taka metoda podawania papieru nie była zła, pod warunkiem, że kartki były prostokątne. Nie wiem jak to robiły polskie papiernie (Kwidzyn?), ale często rozpakowywałem ryzy cięte na ukos. Jedna łapka już ciągnęła, a druga jeszcze nie dotykała tej samej kartki i papier wchodził krzywo na wałki. Na szczęście ukosy były różne z różnych końców, więc wybierałem ten mniej krzywy i jakoś szło. W razie potrzeby dopasowania drugiej strony wydruku, matrycę można było obrócić o 180 stopni. Offset włączało się obrotowym przełącznikiem, który w kolejnych pozycjach uruchamiał kolejne zespoły, na końcu podajnik. Wciśnięcie przełącznika wyłączało silnik elektryczny i pozwalało uratować się przed czyszczeniem zespołu farbowo-wodnego kiedy papier właśnie zaczynał się w niego wkręcać. Podobne przełączniki mają niektóre stare pralki. Prędkość druku można było regulować dość szeroko małym pokrętłem. Zbyszek tego nie zalecał, ale po nabraniu wprawy rozpędzałem maszynę dość mocno, chyba do ok. 1,5 kartki na sekundę. Co jakiś czas, dość rzadko, trzeba było dolewać wody i nakładać farbę. Farbę miałem w dużej puszce, ale dokładało się małą szpachelką niezbyt dużą ilość. Offsety słyną z małego jej zużycia.

Dzisiaj chyba bym nie wytrzymał tej pracy. Czynności były powtarzalne: założenie matrycy, rozluźnienie ryzy i włożenie do podajnika, powolny start, odrzucenie makulatury, która właśnie wytarła z wałka farbę pozostałą po poprzedniej matrycy, regulacja pozycji wydruku na kartce, a przy druku dwustronnym spojrzenie pod światło czy druk pasuje do zadrukowanej wcześniej pierwszej strony. Rzadziej – czy kolor pasuje do czarnego wydruku na tej samej stronie. Równe wydrukowanie kolorów było na tej maszynie bardzo żmudne, więc tylko czasem czarny był uzupełniany jakimś dodatkowym kolorem. Kiedy wszystko wyglądało dobrze, można było rozpędzić maszynę. I stać, i stać, i patrzeć: wkręci się, czy się nie wkręci. Jak teraz obliczam, przy rozpędzonej maszynie ryza drukowała się 5-6 minut, ale w podajniku mieściły chyba ze dwie. Następny załadunek papieru – i stanie, stanie, i gapienie się w zespół fabowo-wodny z ręką na wyłączniku. Czasami pół piwnicy było zawalone papierem, przerobienie tego musiało trwać wiele dni. Ale wtedy lubiłem tę pracę. Nawet nie z powodu konspirowania i emocji z tym związanych. Urzekał mnie spokój stania przy offsecie.

Co drukowaliśmy? Słabo pamiętam. Były jakieś gazety (ale „Przegląd Pomorski” drukował Zbyszek osobiście, wyjątkowo też gazetę lokalnej „Solidarności”, pewnie wtedy gdy mieli jakieś problemy techniczne). Więcej pracy wymagały książki albo kwartalniki. Pamiętam, że wydrukowałem wielkie stosy „12 lat katorgi”, niezbyt ciekawej literacko książki, kolejnych wspomnień z zesłania w głąb Związku Radzieckiego w czasie wojny, jakich się wtedy ukazywało mnóstwo (zdarzały sie wspomnienia, które były literaturą, np. Obertyńskiej, ale tych akurat nie drukowaliśmy). Zrobienie matryc do całej książki nie było łatwe i chyba „Kwadratowi” rzadko się to zdarzało. Często za to pożyczaliśmy od innych wydawnictw używane matryce, zabezpieczone gumą arabską. Pamiętam, że kiedyś szef wysłał mnie do Warszawy, gdzie byłem na Ursynowie właśnie w sprawie pożyczenia matryc, chyba u Janusza Krupskiego. Długo błąkałem się szukając właściwego bloku, z lękiem obserwując przechodzących milicjantów. Zdarzały się też ulotki. Kiedyś, zapewne w kwietniu 1988 r. Zbyszek zostawił mi do wykonania zamówienie z Poznania ulotek na demonstrację 1-majową i był to jeden z nielicznych przypadków druku z dodatkowym kolorem, z czerwienią. Często jeździłem do Warszawy, bo Zbyszek zajmował się też przywożeniem wydawnictw z punktu kolportażowego KPN-u (potem, chyba jeszcze gdy u niego pracowałem, zrezygnował z przynależności do tej organizacji). Czasem więc go zastępowałem, przy okazji odwiedzając znajomych. W punkcie kolportażowym w okolicach Ronda Waszyngtona mogłem dotrzeć do niektórych niedostępnych książek, bo te ciekawsze często rozchodziły się zanim dotarły do szerszego kolportażu. Niestety, w podziemiu nakłady były zwykle kilkutysięczne. Łączenie wożenia bibuły, załatwiania matryc i pracy w drukarni było wbrew wszelkim zasadom, ale taka była ta nasza konspiracja…

Po kilku miesiącach pracy, w maju 1988 r. przyłączyłem się do kolegów organizujących strajk studencki, mając świadomość, że to dekonspiracja i koniec mojej pracy w drukarni. Zacząłem nowy rozdział – organizowanie jawnego NZS-u i samorządu studenckiego.

Informacje o naszym NZS-ie.

Reklamy

Informacje o rafalmaszkowski

http://pl.wikipedia.org/wiki/Rafał_Maszkowski
Ten wpis został opublikowany w kategorii historia, komunizm, młodzież, NZS i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Mój NZS: na razie drukarnia (4 uzupełnienia)

  1. ziutek pisze:

    Panie Rafale,
    Trochę nie nie temat notki,ale…
    W ostatnich komunikatach RM dotyczących nadchodzącego spędu pod Jasną Górą, oczywiście są jasne zachęty na antenie: „aby składać tzw. różę dla Matki Boskiej w rozstawionych namiotach”.
    Komunikaty ponadto głoszą, aby koperty były podpisane dokładnie imieniem i nazwiskiem oraz adresem darczyńcy, aby można było za nie „później podziękować”.Nie ma nic o zgodzie na przetwarzanie danych.
    Po to jest ustawa o ochronie danych osobowych aby takie rzeczy chronić.
    Ciekawy jestem co na to Generalny Inspektor Danych Osobowych?
    Czy to nie podpada pod to http://www.giodo.gov.pl/321/id_art/975/j/pl/
    Pewnie jest jasne, że „prawdziwi darczyńcy” nigdy nie dojdą skąd u nich w skrzynce pocztowej nagle oferta ze SKOKu, lub prenumerata Naszego Dziennika.
    Co Pan na to?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s