Jeden bit różnicy, czyli cyberjasyr od powicia

cyberjasyr_upr

Niszczenie danych przez wirusy w celu wymuszenia okupu jest dużą plagą. Niedawno został nią dotknięty mój znajomy, który prowadzi bardzo pożyteczną działalność, i która została w ten sposób utrudniona. Zadziwiające jest, że błąd w oprogramowaniu MS-Windows, o którym słyszałem chyba jeszcze w zeszłym wieku, nadal jest odpowiedzialny za dopuszczenie do większości ataków. Ten błąd to pozwalanie przez oprogramowanie na wykonanie programu przysłanego e-mailem. Może nawet pojawiają się jakieś ostrzeżenia, ale nieświadomy użytkownik (a takich jest większość) klika raz czy drugi i uruchamia program, który niszczy jego pliki. I jest to całkiem logiczne: taki jest paradygmat tego systemu. System Windows to dziedzic starego DOS-a i antycznego CP/M-u. Odziedziczył po nich rozpoznawanie typu plików po nazwie. Z grubsza jest tak, że jeżeli nazwa kończy się na „.EXE”, to plik ma być uważany za program. Plik „zniszczę_twoje_pliki.EXE” przychodzi e-mailem, użytkownik klika, system uruchamia program. Proste i wygodne… W dodatku przeglądarka plików w Windows może nie pokazywać końcówek nazw, traktując je jak wewnętrzną sprawę systemu. To powoduje, że wpadka jest jeszcze łatwiejsza i stąd w atakujących e-mailach nazwy w rodzaju „zniszczę_twoje_pliki.ZIP.EXE”, które wyglądałyby bardzo podejrzanie, ale dzięki „pomocnemu” chowaniu końcowego „.EXE” wyglądają zupełnie niewinnie.

Dlaczego to dla mnie dziwne? Od lat używam UNIX-a, a konkretnie najczęściej Linuxa. UNIX klasyfikuje pliki inaczej. Dla wygody można używać nazw zakończonych na przykład „.jpeg”, ale nie ma to znaczenia dla samego systemu. Żeby UNIX uznał plik za program, plik taki musi mieć włączone uprawnienie do uruchamiania, nieco uproszczając, jeden bit, który może mieć wartość 0 albo 1. W UNIX-ie użytkownik może zapisać plik, ale nie jest on uważany za program i klikanie go nie uruchomi. Dopiero dodanie uprawnienia do wykonania pozwala kliknąć skutecznie. Zmiana uprawnień pliku to proste, ale dodatkowe działanie, a więc mogące powstrzymać klikających mniej przytomnie. Można by uniknąć tego utrudnienia. Program pocztowy mógłby sprawdzać czy zapisany załącznik jest programem i włączać mu to uprawnienie. Tylko nie ma powodu tak ułatwiać użytkownikowi strzelenie sobie w stopę.

W systemie Windows program pocztowy mógłby przy zapisie pliku zmieniać końcówkę nazwy z „.EXE” na „.ZMIEŃ_NA_.EXE,_JEŻELI_LUBISZ_RYZYKO”. Ale i tak jest różnica: Windows wymagają dodatkowego zabezpieczenia przed zachowaniem systemu, natomiast w UNIX-ie dopiero jeżeli chcemy obejść zabezpieczenie obecne głęboko w założeniach systemu, program lub użytkownik musi wykonać dodatkowe działanie.

Każdy system daje się używać do większości zastosowań, tylko musimy zdawać sobie sprawę z ryzyka. Ryzyko istnieje zawsze, ale błędny paradygmat u podstaw systemu powoduje jego zwielokrotnienie. Jeżeli nie szkoda nam kilkuset złotych, które oszust może od nas wymusić lub nawet ukraść z konta bez naszej wiedzy, to nie ma znaczenia jakiego systemu używamy. Dyrektor dużej firmy stanowczo nie powinien używać systemu o niskim poziomie bezpieczeństwa, chociażby z powodu odpowiedzialności za pracujących w niej ludzi. Taki system to pozbycie się bezpieczeństwa na własne życzenie i za własne pieniądze.

Tekst inspirowany felietonem Wojciecha Orlińskiego „Cyberjasyr czyli kup pan bezbronność”.

Opublikowano komputery, Linux, MS-Windows, UNIX | Otagowano | Dodaj komentarz

Jak zabijać Jezusa

Ostatnio zainteresowała mnie biblistyka. Kiedyś czytałem prace Anny Świderkówny, ale wciągnął mnie na dobre dopiero Hyam Maccoby. Kiedy jako jeszcze początkujący adept dyskutowałem z zapałem o tej tematyce z każdym, kogo spotkałem, pewna katoliczka podsunęła mi książkę Pawła Lisickiego „Kto zabił Jezusa?”. Chęć zmierzenia się z nią zachęciła mnie do dalszych lektur i pogłębienia wiedzy. Potem zabrałem się za analizę książki Lisickiego.

plisicki-kto-zabil-jezusa

Autorem wstępu jest ks. Waldemar Chrostowski. Jego nazwisko może zniechęcać albo jest swoistym sygnałem alarmowym, zwłaszcza w kontekście tytułu, bo jest to ksiądz znany z antysemickich wypowiedzi. Praca Lisickiego jest obszerna, ma blisko 400 stron, i porusza imponującą liczbę zagadnień znanych mi z prac różnych biblistów. Mimo tej objętości i zakresu zawiera znaczące luki. Jednym z przykładów może być podejście do historii o Barabaszu. Lisicki przytacza wprawdzie informacje, że według wczesnych wersji ewangelii miał on na imię Jezus oraz że nie ma żadnych potwierdzeń istnienia zwyczaju zwalniania więźniów przez Rzymian (notabene okupantów bardzo okrutnych, a szczególnie ciętych na rebeliantów). Zwolnienie Barabasza próbuje uwiarygadniać informacjami o zwalnianiu przez Rzymian więźniów w innych miejscach i czasach. Pomija jednak inny szczegół dotyczący tej postaci, jego przydomek, który oznacza „syn ojca”. Może to już by było za dużo dziwności jak na książkę apologetyczną: dwóch działających w tym samym czasie żydowskich rebeliantów, obaj o imieniu Jezus, jeden powołujący się często na Ojca w niebie, drugi syn Ojca. Historia Barabasza jest o tyle ważna, że jest w niej scena przyzwolenia żydowskiego ludu na zabicie Jezusa z Nazaretu. Z braku źródeł trudno dziś rozstrzygnąć czy było to rzeczywiste wydarzenie. Jednak trudno je za takie uznać, kiedy zna się wszystkie jego nietypowe aspekty, a nie tylko te wybrane przez Lisickiego.

Są inne zagadnienia, co do których jest więcej danych źródłowych, jak stosunek Jezusa do judaizmu. Autor z niedowierzaniem odrzuca tezę o tak dużej zbieżności poglądów Jezusa i faryzeuszy, że można twierdzić, że był on jednym z nich. Wymienia źródła, które te zbieżności opisują, nie cytując jednak argumentów. Niesłusznie przypisuje faryzeuszom skrupulantyzm i rygoryzm, podczas gdy grupa ta, dominująca w ówczesnym Izraelu liczebnie, właśnie zmiękczała sztywne reguły. To właśnie faryzeusze byli zwolennikami hasła „szabas dla człowieka”, które znamy jako cytat z Jezusa. Autor książki określa to stanowisko jako wyjątkowo liberalne, podczas gdy było to wtedy stanowisko typowe. U Lisickiego nie pojawiają się wobec tego zasadnicze rozbieżności między faryzeuszami a saduceuszami, którzy rzeczywiście byli rygorystami. Saduceusze, chociaż byli w mniejszości, mieli większe wpływy polityczne, jako rzymscy Quislingowie. Lisicki sugeruje jednak równy udział faryzeuszy w tej części władzy, którą Rzymianie oddali żydowskim kolaborantom. W tej sytuacji autor nie może się nie dziwić, kiedy faryzeusz Gamaliel broni uczniów Jezusa przed oskarżeniami. Co jest ważne, a czego nie dowie się czytelnik tej książki, to oprócz bliskości poglądów Jezusa i faryzeuszy również to, że Gamaliel nie był jakimś tam faryzeuszem. Był on wtedy najbardziej szanowanym przywódcą i autorytetem faryzeuszy, a więc i większości Żydów.

Widzę też luki w rozważaniach dotyczących kwestii mesjańskiej, czyli królewskiej. Autor przyznaje, że żydowskich chrystusów było wielu, ale nie zajmuje się znaczeniem słowa mesjasz/chrystus/namaszczony w tamtych czasach. Wydźwięk tego określenia był wtedy jednoznaczny: namaszczony na króla Izraela. Nic dziwnego, że według ewangelii uczniowie długo, również po śmierci Jezusa „nie rozumieją” ewentualnego nowego, innego niż powszechnie przyjęte, znaczenia tego słowa. Zwłaszcza, że nie jest pewne czy sam Jezus rozumiał je inaczej niż wszyscy. Mówił przecież o apostołach na dwunastu tronach (zatem włącznie z Judaszem) i o sobie jako władcy nad nimi.

Lisicki wyraża powątpiewanie co do tezy, że Paweł z Tarsu, mimo własnej deklaracji, nie był faryzeuszem, ale pomija rozumowanie które do niej prowadzi. Wymienione, ale nie cytowane przez autora opracowania podają takie argumenty jak sposób rozumowania Pawła, odbiegający od rygoryzmu i sposobu argumentacji faryzeuszy oraz posługiwanie się przez niego Torą w wersji greckiej (Septuagintą), a nie hebrajskiej. Według Lisickiego Paweł nie mógł być antyjudaistyczny, bo był wyznawcą judaizmu. Tymczasem właśnie cały konflikt Pawła z jerozolimską gminą wyznawców Jezusa (nazarejczyków) kierowaną przez Jakuba, brata Jezusa (tu akurat Lisicki nie próbuje apologetycznie lawirować i nie zaprzecza, że Jezus miał brata), wziął się z tego, że Paweł tworzył nowe zasady i nową religię, odchodząc od reguł judaizmu. Inne stwierdzenie, że „trudno przyjąć żeby Żydzi wymyślili fakty obciążające rodaków [odpowiedzialnością za zabicie Jezusa]” również neguje konflikty między Żydami z czasów Pawła i te ze sporo późniejszych czasów pisania ewangelii, a pobrzmiewa w nim echo przesądu, że Żyd nie może być antysemitą. Teza Lisickiego, że Paweł, tworząc nową religię mógł przecież ogłosić mesjaszem siebie, że prościej było założyć nowy Kościół samemu jest naiwny. Paweł bez tradycji judaizmu i bez powołania się na przekaz bezpośrednio od Jezusa (którego nie znał osobiście) nie miałby wielu argumentów za nową religią.

Lisicki nalega na autentyzm ewangelii, stwierdza że autorytet ewangelistów powodował, że ich teksty były pieczołowicie przechowywane. Nie uwzględnia tego, że w ciągu kilkudziesięciu lat między śmiercią Jezusa a spisaniem różnych ewangelii opowieści o Jezusie były przekazywane ustnie, a teksty pisane, z których, poza Ewangelią wg Marka, wyraźnie korzystali Łukasz i Mateusz, takie jak tekst Q z cytatami z Jezusa, czy inne ich wspólne źródło zwane przez biblistów Ewangelią Krzyża, nie zostały pieczołowicie przechowane i zaginęły jeszcze w starożytności. Jak można było zagubić tak ważne teksty? Można przypuszczać, że nadawały się mniej co szerzenia wiary niż nowe, częściowo oparte na nich  teksty, ewangelie. No i przede wszystkim, jak by pieczołowicie nie były przechowywane teksty kanonicznych ewangelii, trzeba uwzględnić, że były pisane z określoną tendencją i dla konkretnych potrzeb.

Praca Lisickiego ma charakter obronny (z grecka: apologetyczny), a nie naukowy. Ma za zadanie nie tyle dociekanie prawdy, co szukanie wszelkich argumentów za interpretacją Nowego Testamentu w duchu ortodoksji katolickiej (ale w duchu sprzed I soboru watykańskiego) i potwierdzenie, że to Żydzi są winni śmierci Jezusa. Mimo że autor zajmuje się bardzo szerokim zakresem zagadnień, a może właśnie na tym tle, widać wybiórczość i uniki. Bardziej wiarygodne są prace akademickich biblistów jak Ehrmana czy Maccoby’ego. I do ich czytania chciałbym zachęcić czytelników tej recenzji.

Źródła:

  • Paweł Lisicki, Kto zabił Jezusa? Prawda i interpretacje, 2013,
  • Hyam Maccoby, Jezus i żydowska walka wyzwoleńcza, 1999,
  • Bart Ehrman, nagranie wykładu How Jesus Became God (trzy części), 2016,
  • John Dominic Crossan, Kto zabił Jezusa. Korzenie antysemityzmu w ewangelicznych relacjach o śmierci Jezusa, 1998.

PS. Już po zamieszczeniu tekstu znalazłem kilka recenzji opublikowanych jeszcze w 2013 r. Jednak moja porusza zagadnienia, o których nie pisali inni autorzy:

Opublikowano biblistyka, chrześcijaństwo | Otagowano , , | Dodaj komentarz

GUS nie wierzy w Ordynariat Polowy czyli gdzie zaginęło 3,4 miliona Polaków

Nowsza wersja tego tekstu dostępna jest w WWW Świeckiej Polski.

Prowadzony przez pallotynów (SAC) Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego od lat koordynuje zliczanie wiernych Kościoła Katolickiego w jedną z niedziel w roku (dominicantes). Podliczani są też przystępujący do komunii (communicantes). Nie są to badania naukowe, bo przeprowadzane amatorsko przez poszczególne parafie, ale cenne, bo prowadzone z natury, a nie oparte tylko na deklaracjach. Dane źródowe ISKK to liczby osób, ale instytut tych liczb nie podaje, ujawniając tylko współczynniki procentowe. Przy interpretacji tych współczynników ważna jest wiedza czego to procent. Otóż liczby te to procent katolików zobowiązanych. Informacja metodologiczna ISKK mówi, że do zobowiązanych należy 82% wiernych, takie zostało przyjęte założenie. Pozostaje tylko ustalić ilu jest wiernych, żeby móc przeliczyć dane na procent całej populacji. Pisałem już o tym wcześniej, ale w tym tekście zmieniam trochę podejście do tematu i zamierzam wskazać różne osobliwości statystyki kościelnej i statystyki na styku Kościół-państwo.

Odgadywanie danych o dominicantes i communicantes wyrażonych w osobach zacznijmy od rozważenia z czym te liczby są porównywane dla otrzymania współczynników. Poniższa tabela podaje ogłaszane przez ISKK liczby wiernych oraz te same liczby wiernych ogłaszane przez GUS. Te same, ale jednak inne! W okresie 2007-2013 r. dane ISKK o liczbie wiernych mamy tylko dla lat 2008-2010 i 2012. W 2008 i 2009 r. różnica między ISKK a GUS-em (który opiera się na danych ISKK!) wynosi równo 710 tys. W 2010 i 2012 r. różnica to 480 tys. (to, że w 2010 r. wynik odejmowania jest nieco mniejszy wynika z tego, że dane GUS-u znam tylko w zaokrągleniu do setek osób). Jak to możliwe, że GUS podając w swoich publikacjach dane kościelne pomniejsza je o setki tysięcy wiernych? Moja hipoteza jest taka, że GUS wprawdzie wykazuje ogromną wiarę w dane statystyczne ISKK, ale nie do tego stopnia, żeby wierzyć w liczebność wiernych Ordynariatu Polowego KK. Przypuszczalnie GUS uznał, że wierni Ordynariatu są już wliczeni do liczby wiernych poszczególnych parafii, a dodawanie ich do ogólnej sumy fałszuje dane. Niemniej takie dane podaje sam ISKK w swoich komunikatach. Dla dalszych obliczeń przyjąłem, że liczebność wiernych Ordynariatu Polowego używana przez ISKK do wyliczenia współczynników w latach 2007 i 2011 wynosi odpowiednio 710 tys. i 480 tys. (taką liczebność wiernych Ordynariatu podaje ISKK: dla lat 2008 i 2009 – 710 tys., dla lat 2010 i 2012 – 480 tys.), i w ten sposób odtworzyłem dane, które nie były publikowane.

rok liczba katolików wg ISKK – liczba katolików wg GUS/ISKK = niedobór katolików w danych GUS procent katolików wg ISKK ludność wg GUS – ludność wg ISKK = niedobór ludności wg danych ISKK
2007 34409264¹ – 33699264 = 710000 95,8 38116000 – 35917812² = 2198188
2008 34403390 – 33693390 = 710000³ 93,8 38136000 – 35938494 = 2197506
2009 34405233 – 33695233 = 710000 95,6 38167000 – 35971922 = 2195078
2010 34003358 – 33523400 = 479958 95,9 38529900 – 35457099¹¹ = 3072801
2011 33879300¹² – 33399300 = 480000³ 95,5 38538400 – 35475707¹³ = 3062693
2012 33864936 – 33384936 = 480000 95,0 38533300 – 35142000²¹ = 3391300
2013 33517017²² – 33037017 = 480000³ ? 38495659 – ? = ?
Uwagi dotyczące wyliczania brakujących danych: ¹: l. kat. ISKK = l. kat. GUS + l. wiernych Ord. Pol. jak w 2008 i 2009 r.; ²: l. ludn. wg ISSK = l. kat. ISKK / 95,8%; ³: założenie, zob. tekst; ¹¹ l. ludn. wg ISSK = l. kat. ISKK / 95,9%; ¹²: l. kat. ISKK = l. kat. GUS + l. wiernych Ord. Pol. jak w 2010 i 2012 r.; ¹³: l. ludn. wg ISSK = l. kat. ISKK / 95,5%; ¹³: l. ludn. wg ISSK = l. kat. ISKK / 95,0%; ²²: l. kat. ISKK = l. kat. GUS + l. wiernych Ord. Pol.; ?: brak danych.

Inną liczbą publikowaną przez ISKK i powtarzaną potem przez GUS jest procent katolików w społeczeństwie (zob. kolejną kolumnę tabeli). W materiałach GUS-u można się natknąć na rozważania dotyczące tej liczby. Otóż jeżeli przyjąć, że katolików jest 33,86 mln (ISKK 2012) i jest to 95,0% ludności, to okazuje się, że według ISKK Polaków jest 35,14 mln, co stoi w rażącej sprzeczności z danymi GUS-u (ostatnio potwierdzonyni przez spis powszechny). Według danych kościelnych brakuje 3,4 mln obywateli! Nie sądzę żeby można było uzasadnić to uwzględnianiem przez ISKK emigracji, a ignorowaniem jej przez GUS, bo jej rozmiar jest znacznie mniejszy. Poza tym Kościól Katolicki nie ma możliwości zrobienia swojego spisu powszechnego, więc jego dane o liczbie mieszkańców Polski nie są zbyt wiarygodne. Można podejrzewać, że są wręcz fałszywe.

Autorzy opracowań GUS-u prowadzą rozważania, tu dotyczące danych z 2008 r.: „Uzyskana bowiem przez statystykę kościelną liczba wiernych (33693,4 tys.) stanowi inny odsetek (88,4%) podawanej przez GUS liczby ludności Polski (38135,9 tys.), niż ten, który sama podaje (95,8%). Natomiast zastosowanie tego ostatniego wskaźnika do liczby ludności GUS dałoby zupelnie inną liczbę wiernych Kościola (36515,5 tys.) niż podawana przez ISKK.” Według autora 88,4% katolików to stanowczo za mały procent (po kilku latach ze spisu powszechnego uzyskaliśmy dla 2011 r. wynik 88,58% + 0,09% i 33729 + 33 tys. osób [obrządek łaciński + ukraińsko-bizantyjski] deklarujących katolicyzm, a więc prawie dokładnie tyle samo). Z drugiej strony po przyjęciu kościelnego procentu katolików i doliczeniu wiernych innych wyznań pozostawałoby tylko 1,9% obywateli bezwyznanionych, a więc raczej za mało. Autor proponuje wybrać procent pomiędzy, tzn. 92,1%. Ale GUS i tak w kolejnych publikacjach podaje dalej tylko procent kościelny z nie pasującą do niego liczbą wiernych. Ostatecznie w cytowanej powyżej publikacji oprócz liczby katolików opartej na danych przekazanych przez ISKK (33693,4 tys., s. 16) oraz wynikających z powyższych rozważań liczb 36515,5 tys. (pasującej do procentu katolików wg ISKK) i 35104,5 tys. (odpowiadającej procentowi 92,1 wyliczonemu krakowskim targiem) w tabeli na s. 15 pojawia się nie wiadomo skąd wzięta liczba 33795,4 tys. wiernych KK (większa o 102 tys. od liczby ze s. 16). Tymczasem sam ISKK podał w owym roku jeszcze inną liczbę – 34403390 osób…

Niewiele bardziej wiarygodne wydają mi się informacje o liczbie wiernych, nawet jeżeli pominąć budzące wątpliwości GUS-u dodawanie Ordynariatu Polowego. Ale odtwarzam te liczby pieczołowicie, bo niezależnie ile mają wspólnego z prawdą, to one są bazą do liczenia magicznych współczynników.

Warto zauważyć, że układ tabel z liczbą wiernych publikowanych w niektórych latach przez ISKK wydaje się sugerować, że do ogłaszanej liczby wiernych nie wlicza się katolików obrządku ukraińsko-bizantyjskiego, która to liczba jednak czasem bywa podawana (55000 – za mało dla wyjaśnienia różnicy 102 tys. powyżej). Może statystycy kościelni nie chcą doliczać do swego Kościoła tej jego części, w której panują dziwne obyczaje: jest inna, bogatsza liturgia i nikt nie dziwi się temu, że księża się żenią. W tabelach GUS-u pojawiają się jednak informacje o tym obrządku, jak też o mało liczebnych obrządkach ormiańskim i bizantyjsko-słowiańskim.

Wykres poniżej pokazuje rozbieżność między danymi ISKK o liczbie katolików i tymi samymi danymi podawanymi przez GUS (linie fioletowa i niebieska) oraz szybko rosnącą rozbieżność między liczebnością ludności Polski wynikającą z danych ISKK a obliczaną przez GUS (linie zielona i czerwona).

Mając dane o liczbie katolików, jaką posługuje się ISKK, wskaźniki i wiedzę, że Instytut z góry przeznacza 18% katolików na straty możemy odtworzyć dane źródłowe – liczbę zliczonych dominicantes i communicantes. Niestety, z powodu dwoistości danych (ISKK i GUS/ISKK) otrzymamy wyniki w dwóch wersjach. Obliczenie jest proste: z liczby wiernych w danym roku wyliczamy „katolików zobowiązanych” mnożąc wiernych przez 0,82 (82%). W 2013 r. 0,391 (39,1%) tej liczby to faktycznie zliczone osoby. Z powodu ograniczonej dokładności współczynników wynik znamy z dokładnością do ok. 3 cyfr znaczących, chociaż w poniższej tabeli podaję wyniki bez zaokrąglania. Analogicznie postępujemy dla communicantes i kolejnych lat. Z dwóch wyników – opartego na liczebności wiernych podanej przez ISKK i na danych poprawionych GUS, bardziej wiarygodne wydają mi się te drugie.

rok wskaźnik dominicantes / communicantes wg ISKK liczba dominicantes / communicantes wg danych ISKK liczba dominicantes / communicantes wg danych GUS/ISKK
2007 44,2 / 17,6 12471293/4965944 12213961/4863477
2008 40,4 / 15,3 11397155/4316249 11161946/4227172
2009 41,5 / 16,7 11708100/4711452 11466487/4614225
2010 41,0 / 16,4 11431928/4572771 11270567/4508226
2011 40,0 / 16,1 11112410/4472745 10954970/4409375
2012 40,0 / 16,2 11107699/4498618 10950259/4434854
2013 39,1 / 16,3 10746226/4479884 10592328/4415727

Teraz możemy przyrównać te liczby do liczby ludności Polski w poszczególnych latach. Wynik:

rok wskaźnik dominicantes / communicantes wg ISKK dominicantes / communicantes jako % społeczeństwa wg danych ISKK dominicantes / communicantes jako % społeczeństwa wg danych GUS/ISKK
2007 44,2 / 17,6 32,7 / 13,0 32,0 / 12,8
2008 40,4 / 15,3 29,9 / 11,3 29,3 / 11,1
2009 41,5 / 16,7 30,7 / 12,3 30,0 / 12,1
2010 41,0 / 16,4 29,7 / 11,9 29,3 / 11,7
2011 40,0 / 16,1 28,8 / 11,6 28,4 / 11,4
2012 40,0 / 16,2 28,8 / 11,7 28,4 / 11,5
2013 39,1 / 16,3 27,9 / 11,6 27,5 / 11,5

Tak więc już w r. 2007 (a może wcześniej) liczebność dominicantes spadła poniżej 1/3, a obecnie zbliża się do 1/4 społeczeństwa.

Co może wpływać na dokładność i wiarygodność wyników:

  • brak niezależnej kontroli nad procedurą i procesem zliczania, co uniemożliwia weryfikację,
  • zmiana terminu zliczania z listopada na październik po gwałtownym spadku wyników w 2008 r.,
  • manipulacje liczbą wiernych i procentem wierzących,
  • liczenie w jeden dzień w roku może gubić tych, którzy chodzą do kościoła rzadziej niż co tydzień, a którzy przy innej metodzie zliczania mogliby dołożyć się do średniej,
  • 18% nie zobowiązanych wygląda przesadnie, ale rzeczywiście jest pewna liczba osób, która nie chodzi do kościoła np. z powodu choroby lub braku sił.

Bibliografia:

2014-07-14 bibliografia, poprawki, kategorie i tagi
2014-07-16 dodatkowe dane o liczebności katolików dla 2013 r. z nowego Małego Rocznika Statystycznego; korekta domincantes/communicantes o 0,3/0,1% w dół
Opublikowano katolicyzm, naukawość, religia | Otagowano , , , | 1 komentarz

O „Imperatorze”

Znowu napisałem dla Racjonalisty. Tym razem recenzję z książka Piotra Głuchowskiego i Jacka Hołuba:

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9290

Opublikowano "Nasz Dziennik", historia, katolicyzm, Lux Veritatis, propaganda, Radio Maryja, TV Trwam, WSKSiM | Otagowano | 1 komentarz

Jak powstaje płeć i komu to przeszkadza?

Napisałem tekst o tym, jak powstaje płeć w rozwijającym się człowieku oraz o stosunku do tych faktów ideologów kościelnych (chociaż nie tylko ich). „Racjonalista” był uprzejmy opublikować to u siebie, więc tym razem nie tekst nie trafił do bloga. Zapraszam do czytania, a zwłaszcza do krytykowania, bo pisząc dość obszernie i o wielu zagadnieniach musiałem zrobić jakieś błędy – ciekawi mnie jakie.

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9256/i,5

Opublikowano filozofia, katolicyzm, medycyna, nauka, naukawość, propaganda, płeć, seks, szarlatani | Otagowano , | 1 komentarz

Pożyczanie autorytetu

9 maja 2013 r. w Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie odbyło się spotkanie pt. „Neuron i dusza. Od fizyki mózgu do metafizyki umysłu”, w którym uczestniczyli jako prelegenci prof. Andrzej Wróbel, prof. Włodzisław Duch, prof. Robert Piłat i o. dr Andrzej Jastrzębski (nie dotarł ks. prof. Maciej Bała), a spotkanie prowadził dr inż. Franciszek Rakowski (zob. nagrania). Poniższy opis spotkania zamieściłem w Facebooku jeszcze w maju (byłem tym bardziej zainteresowany, bo instytut, w którym pracuję był ogłoszony jednym z organizatorów), ale chcę mieć ten tekst pod ręką, więc wydobyłem go czarnej dziury fb i zamieszczam tutaj. Spotkanie było jednym z wielu działań instytucji kościelnych mających na celu podczepienie się pod autorytet nauki. W tym wypadku cel nie został osiągnięty.

Plakat spotkania.

Spotkanie zaczęło się od przedstawienia gości i wyświetlenia przez prowadzącego spotkanie dr. Franciszka Rakowskiego z ICM-u cytatu z Jana Pawła II dotyczącego neurologii, całkiem banalnego. W wypowiedziach człowieka, który cały życie zajmował się mówieniem można znaleźć cytat na każdy temat. Mnie się to skojarzyło z dawnym zwyczajem dodawania cytatów z klasyków do każdej pracy naukowej, czy to z fizyki, czy z prawa pracy.

Potem krótki referat wygłosił prof. Wróbel. To prawdziwa sztuka przekazać coś w pięć minut, i to w taki sposób, żeby słuchaczom zostało coś w głowie. Prof. Wróbel mówił o widzeniu i czasie reakcji, pokazywał wyniki badań, w których widać, że pobudzenie do działania pojawia się setki milisekund przed uświadomieniem sobie chęci działania. Zwrócił uwagę na to, że strumień danych które świadomie kontrolujemy to tylko znikoma część informacji, która do nas dochodzi, jak też tej, którą zwrotnie odpowiadamy na bodźce.

Wystąpienie prof. Ducha było dłuższe, trudno je streścić, ale na szczęście wśród licznych publikowanych przez niego w Sieci wystąpień dostępne jest również to, na którym w sporej części się opierał. Prof. Duch m.in. poruszył kwestię naszej wiedzy o sobie – co wiemy i skąd. Ważne w kontekście miejsca i zadanego tematu było stwierdzenie, że tradycja religijna niczego nie wyjaśniła, moc poznawania świata ma nauka. Mówił też o czynnikach, które wpływają na nasze zachowanie, np. stopień najedzenia na decyzje doświadczonych sędziów oraz o racjonalizowaniu podjętych już decyzji. M.in. ze względu na to, że nie całkiem uświadamiamy sobie pobudki naszych działań, „pierwszym przykazaniem nauki (a rzadko teologów) jest: nie stawiaj fałszywych bożków przed rzeczywistością”.

Prof. Piłat mówił o przewartościowaniu pojęć. Dotychczas przyjmowane pojęcia nie pasują do nowej wiedzy o pracy mózgu, jaką udaje się zdobyć. Pojęcia tworzone przez wieki, są przesiąknięte normatywnością, bo celem ich stosowania było porozumienie się co do tego, co należy robić. Wyobrażano sobie, że działamy według schematu pomyśl-zechciej-zrób i to było podstawą moralności. Teraz okazuje się, że nie zawsze tak działamy, ta sekwencja zostaje usunięta, musimy redefiniować pojęcia.

O. dr Jastrzębski opowiadał o proponowanej dziedzinie o nazwie neuroteologia, do której jednak odnosił się sceptycznie. Wspomniał o niemożności zoperacjonalizowania pojęcia duszy. Podał też przykłady badań neurologicznych doznań religijnych, z których jednak, jak stwierdził, nie wynikły żadne konkluzje.

W ramach drugiej rundy wystąpień prof. Wróbel stwierdził, że ludzie mają mózgi po to, żeby je badać. Takie podejście nie dziwi u neurofizjologa. Deklarując wiarę religijną odniósł się jednak sceptycznie do cudów. Wyjaśnia je fizjologia, a w przypadkach kiedy nie udało się ich w ten sposób wyjaśnić jest to tylko kwestia braku wiedzy. Przy wyciszeniu innych bodźców pobudzanie bardzo czułej kory mózgowo-skroniowej powoduje powstawanie wizji, tyle że innych u osób wierzących, a innych u ateistów. Podobne efekty powoduje padaczka lub stany jej bliskie.

Prof. Duch wyraził się sceptycznie o programie zbudowania modelu mózgu Human Brain Project, chociaż o ile zrozumiałem, sceptycyzm dotyczy 10-letniego terminu, nie samej możliwości wykonania projektu. Stwierdził też, że na religijność wpływają cechy osobnicze takie jak wydzielanie dopaminy.

Prof. Piłat odniósł się do kwestii badań neurologicznych wiary. Wyobrażenie kotka w mózgu można porównać z kotkiem, w przypadku wyobrażeń religijnych brakuje przedmiotu do porównań (chociaż prof. Piłat wierzy, że przedmiot ten istnieje).

Publiczność zadawała pytania, których nie zanotowałem. Ja wystąpiłem ze stwierdzeniem, że to, co mogliśmy obserwować to doskonały przykład działania Boga luk. Dopóki wiedza o jakimś obszarze jest niewielka, można się w nim dopatrywać działania Boga, a kiedy wiemy więcej, Bóg musi zostać przeniesiony w inne obszary, które jeszcze nie zostały zbadane. Równocześnie widać było, że spotkanie miało na celu wykorzystanie autorytetu nauki do podparcia religii, która traci autorytet. Miejsce, w którym odbywało się spotkanie, Centrum Myśli Jana Pawła II, to instytucja religijna, której celem zapewne właśnie jest szukanie takiej legitymizacji.

Zanotowałem część odpowiedzi na pytania. Prof. Duch mówił o historii pojęcia duszy, które wymyślił Arystoteles, bo nie rozumiał istoty ruchu, tego, co wiemy dzisiaj, że ciało nie potrzebuje do ciągłego ruchu popychania. Prof. Piłat wyraził wdzięczność nauce za oczyszczenie pojęcia duszy z bezpośrednich związków z pojęciem umysłu, pojęcie duszy stało się obecnie pojęciem relacji człowieka z Bogiem (mi to przypomina ucieczkę Boga luk z obszarów poznanych przez naukę). Prof. Duch jeszcze raz podkreślił, że religia nie generuje wiedzy o świecie, co potwierdził prof. Piłat: pierwsze źródło wiedzy o świecie to nauka. Kiedy się ją miesza z religią powstają ideologie. O. dr Jastrzębski mógł w tej sytuacji tylko wyrazić nadzieję, że szukanie prawdy (przez naukę i religię) prowadzi do tego samego punktu.

Ostatnie wystąpienie z sali wygłosiła pewna pani, która wyraziła nadzieję, na spotkanie się nauki i religii oraz że są to komplementarne systemy poznawania świata. To dało okazję prelegentom żeby jeszcze raz jasno zaprzeczyć takiemu stanowisku. Prof. Duch mówił o nieadekwatności źródeł religii w naszych czasach – religia jest oparta na przesądach sprzed tysięcy lat. Wyraził nadzieję, że religia oczyści się z tych przesądów. Prof. Wróbel stwierdził, że od poprzedniej tego rodzaju dyskusji, w której brał udział w 2006 r. jego stanowisko się skrystalizowało. Wtedy wydawało mu się, że istnieje możliwość dyskusji nauki z religią, teraz już tej możliwości nie widzi.

Spotkanie zakończył Franek Rakowski wyświetlając kolejny cytat z Jana Pawła II, dłuższy niż ten pierwszy, ale ponownie kontrastujący swoją banalnością z wypowiedziami, których z zaciekawieniem słuchaliśmy przez 2,5 godziny. Przedstawiciel CPMJPII zapowiedział kontynuację spotkań w postaci wykładów. Mam nadzieję, że w dalszych działaniach ta religijna instytucja nie będzie pożyczała autorytetu od ICM-u. Wiele instytucji, które towarzyszyły ICM-owi na plakacie, jak np. „Znak” ma istotny dorobek intelektualny, ale znalezienia się na jednym plakacie z tak kłamliwą instytucją propagandową jak Fronda, możemy się tylko wstydzić.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Nowoczesność i przyzwyczajenia.

Kilka dni temu byłem z dzieckiem w szpitalu na kolejnych rutynowych badaniach. Szpital jest w miarę zadbany, pomalowany, na korytarzach wiszą rysunki pacjentów, na oddziale, który nas przyjmuje jest sala pobytu dziennego. Nie trzeba już nosić obrzydliwych toreb plastikowych na butach – okazały się niepotrzebne, a nawet szkodliwe i zostały szybko usunięte z większości szpitali dzięki akcji prasy sprzed paru lat. Nie trzeba już chwalić się płacą, bo do sprawdzenia ubezpieczenia wystarczy PESEL. Koło 1998 r. też można było łatwo sprawdzić stan ubezpieczenia, nawet przez Internet, ale potem jakby film się urwał i dopiero teraz można znowu. Nie jest nawet zbyt uciążliwa konieczność pilnowania żeby lekarka wydała wymagane od pewnego czasu skierowanie na następne rutynowe badanie, zresztą same o tym pamiętają.

różne zakazy na tablicy, a na środku telefon do fanatyka, który ma numer w telefonii o. RydzykaRóżne zakazy na tablicy ogłoszeń, a na środku telefon do fanatyka, który ma numer w telefonii o. Rydzyka.

Za pozorami nowoczesności i postępu kryje się jednak dość uciążliwa rzeczywistość. Przede wszystkim brak informacji i komunikacji. Trudno się dodzwonić i umówić (o e-mailu chyba nie słyszeli), ale kiedy się to w końcu uda, lekarka prowadząca nie zawsze wie czy będzie chciała pobrać krew, czy nie. Przyjść należy rano. W zasadzie im wcześniej tym lepiej, można nawet o świcie, przed 8, ale z drugiej strony ten, kto przyjdzie godzinę wcześniej i tak wyjdzie po południu, razem z tymi, którzy przyszli później.

Typowy dzień w szpitalu: melduję się w izbie przyjęć o 8:30 i już po 1,5 godziny w kolejce możemy iść na oddział. W izbie przyjęć podejście jest w miarę uprzejme, ale nikt nie wyjaśnia po co wiązać dziecku identyfikator na ręce (mogę się domyślać, ale brakuje informacji), a pielęgniarka odzywa się do mnie „niech tata…”, więc informuję ją, że nie jestem jej tatą. Nie znoszę tej szpitalnej upupiającej formy „grzecznościowej”.

Już na oddziale powoli zaczynają się badania. Czasem tylko wagi i wzrostu, czasem dochodzi pobranie krwi. W celu zrobienia tych skomplikowanych badań dziecko jest zapisywane na oddział i formalnie spędza dzień w szpitalu. Dochodzi do badań, czasem są przy tym studenci. Lekarka wygłasza wymówki co do dawkowania leków. Wyjaśniam, że na wszelki wypadek podliczyłem dane z ostatnich kilku miesięcy, ale jeżeli chodzi o poprzedni okres, to miałem je podliczone poprzednim razem, tylko i tak nigdy nikt nie pyta. Jedna z lekarek wymyśliła w zeszłym roku, że dziecko pobrało bardzo mało dawek w zastrzykach. Było ich rzeczywiście za mało, ale jednak kilka razy więcej niż jej się zdawało. Zresztą nie miała danych, na podstawie których mogłaby zrobić takie wyliczenia. Ta liczba z sufitu jest jednak ciągle powtarzana – brak przepływu informacji, a nawet niechęć do jej przepływu. Dowiadujemy się w końcu, że tym razem krew będzie pobierana. Pobranie. Teraz czekamy na podsumowanie i dawkę lekarstwa.

Wszelkie badania kończymy koło 11:30. Mija pół godziny, godzina. Opiekunowie pacjentów z krótszym stażem są zdziwieni tym zastojem, ja już jestem przyzwyczajony do czekania, bez informacji na co. Nie kładę dziecka na łóżku w sali pobytu dziennego, siedzimy na dość wygodnych krzesłach przed salą.

Jakie to szczęście, że nie zostaliśmy zakwaterowani w części dla chorych. Zdarzają się nam dłuższe badania, z rzeczywistym pobytem w szpitalu. Sala dla chorych jest zastawiona łóżkami, niewiele miejsca zostaje dla opiekunów, chociaż nie wszystkie dzieci ich potrzebują. Cały dzień w jakieś dziewięć osób w takim niewielkim pokoju jest dość trudny do przeżycia. Kiedyś były rozkładane fotele, ale się zużyły, teraz opiekunowie mogą spędzić noc na krzesłach albo na skraju łóżka, czasem znacznie większego od pacjenta – ale to jest nielegalne. Trudno wymagać lepszych warunków, pewnie nie ma pieniędzy. Ale w sali wisi na ścianie… telewizor. W każdej. Co za koszmarny pomysł! W taki ścisk wtykać jeszcze pudło migające przed oczami i generujące hałas! Może to z innych pieniędzy, a poza tym żeby włączyć, trzeba wrzucić monetę. Ale przecież to szpital dla dzieci. Czy dzieci muszą koniecznie oglądać telewizję? Skąd w ogóle taki pomysł? Pytałem kiedyś jedną lekarkę, z tych bardziej uprzejmych, z którymi da się rozmawiać. Nie wiedziała.

Na szczęście my nie jesteśmy zmuszani do oglądania telewizji, siedzimy w innej części korytarza. Dochodzi godz. 13, opiekunowie zaczynają się denerwować czekaniem. Dziecko się nudzi koszmarnie, ja też. Opaska na ręce drażni. Dorosły by wytrzymał bez trudu, ale dla dziecka to trudne – „kiedy mogę to zdjąć?”. Dziecko nawiązuje do reprymend i pouczania: „mieli nas pochwalić” (za regularne ostatnio stosowanie lekarstwa). Tymczasem warczą. Obrażeni? Sfrustrowani? (np. małymi płacami?) Czy tylko przyzwyczajeni, że na tym malutkim odcinku rządzą? A może to takie odwieczne zwyczaje, które stały się tradycją, jak te plastikowe torby na nogi, a tradycja to coś, nad czym nikt się nie zastanawia. W ten sposób do dość żmudnego leczenia zniechęca się dziecko, a rodzice z niechęcią myślą o wielodniowych próbach dodzwonienia się do opryskliwej lekarki i godzinach czekania w czasie badań kontrolnych. Zadane kiedyś nieśmiało pytanie o możliwość skrócenia procedury spotkało się oburzeniem. Jeżeli 5 godzin to za dużo, to można zostawić dziecko na 8 godzin i odebrać je po pracy. Świetna rada – pomijająca ten drobny szczegół, że wielogodzinne czekanie jest najbardziej uciążliwe właśnie dla pacjenta, dziecka, i to o niego pytałem. A jak się nie podoba, to są inne szpitale.

Dziecko płacze. Trochę histeryzuje, ale nie dziwię się mu, ja też mam ochotę histeryzować. Pojawiają się wieści, że lekarka poszła na seminarium. Widocznie musiała, ale oczywiście nikomu z oczekujących nie powiedziała, że idzie i kiedy wróci. Koło 13 jest lekarka, przychodzi i mówi, że już za chwilę. Zaczynam mierzyć „chwilę szpitalną”. Trwa tylko pół godziny. Jeżeli poświęcone trojgu pacjentów, to pracowite – trzeba sprawdzić co wyszło z badań krwi i ustalić dawki leków. Wreszcie kolejna krótka nerwowa rozmowa, kolejne reprymendy i pretensje, i możemy wracać. Znowu pięć godzin, jak zwykle.

PS. 2016: Mam ogląd tej samej instytucji również z innych stron. Znajoma młoda lekarka, już z doktoratem, robi kolejną specjalizację. Uczelnia ją zatrudnia, ale tylko od wakacji do wakacji, do uczenia studentów. Mogłaby pracować nad habilitacją, ale w wakacje musi sobie radzić sama. Więc pracuje też w innych miejscach, w tym poza Warszawą, bo w mieście nie ma miejsca dla młodej zdolnej z doktoratem.

Uczelnia, która zatrudnia z przerwami jakiś czas temu przemianowała się z akademii na uniwersytet. Ustawa o szkolnictwie pozwala to zrobić, kiedy liczba dziedzin, w których uczelnia może przyznawać doktoraty przekracza pewien próg. Ale brzmi to pretensjonalnie. Uniwersytet specjalistyczny to oksymoron.

Na tym „uniwersytecie” próbują czasem występować fanatycy religijni. Wynajmują salę tam lub np. w instytucie PAN-u, który też ma rozbudowane zaplecze. Ostatnio jedna grupa została przegoniona, inna odbyła swój antynaukowy konwentykiel. Podobno to już kolejny z serii, a przy organizowaniu kolaboruje jeden z zakładów uczelni. Ale może to już ostatni raz, podobno generalnie zmienia się na lepsze.

Dziecko ma się lepiej, więc chodzimy tylko na kontrole. Ostatnio poszło bardzo sprawnie, może coś się zmienia? Ale to było w trybie przychodni. Obyśmy nie musieli sprawdzać ponownie jak wygląda teraz tryb szpitalny i czy telewizory dalej straszą.

Opublikowano medycyna, z życia | Otagowano , , , | 2 komentarzy