W 1986 r. zdałem na astronomię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Naiwnie spodziewałem się, że nowy student będzie miał do wyboru wiele kół naukowych i organizacji, a na uczelni aktywnie działa podziemie. Niedługo wcześniej Toruń, a właściwie głównie toruńscy astronomowie, zasłynęli nadawaniem napisów na państwowym programie telewizyjnym. Niestety, na uczelni nie za wiele się działo, a moje nadzieje na złapanie kontaktu z podziemiem przez rodzinę i znajomych zawiodły. Na moim roku fizyki i astronomii coś się wykluwało, krążyły nielegalnie wydawane lub sprowadzane z zagranicy książki, ale nie wyglądało na to, że wyniknie z tego coś więcej, więc szykowałem się do kroku desperackiego: zaczepienia Antoniego Stawikowskiego, przewodniczącego regionu “Solidarności”, zresztą też astronoma, tyle że z Państwowej Akademii Nauk, a nie z UMK, ale wtedy Centrum Astronomiczne im. Mikołaja Kopernika PAN było przy Chopina w tym samym miejscu gdzie astronomia uniwersytecka. Zanim zrealizowałem zamiar, Jarek Garbowski, kolega z fizyki (starszy od większości z nas, jak się później od niego dowiedziałem, wyrzucony wcześniej ze szkoły morskiej za udział w demonstracji) zapytał mnie w stołówce co ja właściwie tutaj robię. Odpowiedziałem w sposób, którego chyba nie zrozumieli inni obecni przy stole: infiltruję środowisko. Bo rzeczywiście próbowałem dowiedzieć się kto knuje, tyle że nie w celu likwidacji spisku, ale po to, żeby się do niego przyłączyć. Dla Jarka ta odpowiedź była całkiem jasna.
Na razie nie z działań kolegów, którzy próbowali coś zorganizować nie wyłaniała się jeszcze żadna struktura. Chyba pod koniec 1987 r. byłem na zebraniu, na którym w sporej grupie rozmawialiśmy o odtworzeniu na UMK Niezależnego Zrzeszenia Studentów, które nie potrafiło przetrwać pierwszej połowy lat 80-tych. Na początku roku jeszcze o tym pomyśle nie słyszałem. Nie pamiętam już jakie możliwości działania rozważaliśmy, ale kiedyś zwierzyłem się Jarkowi o moim marzeniu: pracy w podziemnej drukarni. Nie myślałem, że realizacja marzeń jest w zasięgu ręki. Jarek stwierdził, że właśnie jedna drukarnia potrzebuje pracownika i że mnie umówi z jej szefem.
I tak spotkałem się ze Zbyszkiem Sośnickim – na Rapaku (pl. Rapackiego), z “Trybuną Ludu” w ręce (chociaż chyba nie był to najlepszy sposób kamuflażu…). Jego nazwiska oczywiście wtedy jeszcze nie znałem. Nie pamiętam szczegółów, ale rozmowa rekrutacyjna chyba przebiegła dobrze, tyle że na pracę umówiliśmy się za kilka miesięcy, w wakacje. Miałem możliwość przyjechania na stancję i pracowania od rana do wieczora, jeżeli by była taka potrzeba. Niestety, zaszkodziła nam, koszmarna w tamtych czasach, łączność telefoniczna – trudno się było dodzwonić do Szczecinka, gdzie byłem u rodziców. Dopiero po powrocie na uczelnię jesienią sprawa pracy zaczęła się konkretyzować. Pracy oczywiście darmowej. Czy zdarzały się jakieś pieniądze – nie pamiętam, nie było to dla mnie istotne. Wydaje mi się, że tylko okazjonalnie za składanie egzemplarzy czasopism lub książek, ale za moją podstawową pracę, drukowanie – nie.
Pierwsze zadania wykonywałem… w Londynie. W październiku 1987 r., w czasie wyjazdu do Wielkiej Brytanii (wyjazd z A. Giedrysem, o którym muszę też koniecznie napisać) spotykałem się z podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Krajowych naszego rządu w Londynie. Nie ma pewności czy dobrze kojarzę, chyba był to Roman Lewicki. Rozmawialiśmy kilka razy i, mimo mojego pozytywnego nastawienia do Rządu, zaskoczył mnie doskonałą orientacją w sprawach krajowych. No coż – była to jego praca, nawet jeżeli bezpłatna i po godzinach. Ministrem był wtedy Ryszard Kaczorowski, którego miałem okazję spotkać, ale nie rozmawialiśmy dłużej. Żona jednego z organizatorów drukarni wstępnie uzgodniła, że rząd sfinansuje nam komputer do składu. Ja miałem uzgodnić kwestie techniczne i wybrać model. Niezłe i nie bardzo drogie były Amstrady, ale uznałem, że lepiej naciągać rząd na peceta, bo stawały się coraz popularniejsze na uczelni. Poza tym miałem przywieźć duże zszywki do książek i poszukać zapasowych łapek do podajnika papieru do offsetu. Zszywki chyba kupiłem, ale łapek nie udało mi się znaleźć. W ramach poszukiwań trafiłem do drukarni, w której drukarz cyzelował czerń na arkuszu “Pulsu”. Arkusz był wielkości A1 albo A0, bo offset, na którym drukował był spory.
Rząd kupił nam komputer, który został wysłany do Polski samolotem. Odebrałem go kilka tygodni później z Okęcia i przekazałem Staszkowi Śmiglowi, który umieścił go w biurze swojej firmy. Mam nadzieję, że się przydał. Ponieważ Zbyszek należał do KPN-u (z którym jednak nie miała nic wspólnego drukarnia), przed wyjazdem rozmawiałem z Krzysztofem Królem, któremu potem dostarczyłem od rządu oryginały “Rzeczpospolitej Polskiej”, którą przedrukowywał w kraju KPN. No i jeszcze wiozłem pieniądze, chyba 100 funtów (wtedy to było dużo), które dla jednego z działaczy warszawskich przekazał mi podsekretarz stanu, z którym się spotykałem.
Mógł to być już listopad, gdy wreszcie nadszedł dzień, kiedy Zbyszek zaprowadził mnie do drukarni wydawnictwa “Kwadrat”. Okazało się, że była przy ul. Młodzieżowej, jakieś 100 metrów od mojej stancji. Miejsce wyglądało bardzo podziemnie. Zawilgocona piwnica, żarówka na drucie, brak ciepłej wody. A pod żarówką – on – powielacz offsetowy. Komuś, kto widział zwykły duży offset może być trudno uwierzyć, ale model, na którym pracowałem mieścił się na biurku i był na tyle lekki, że 2-3 silnych ludzi było go stanie przenieść. Offset kieszonkowy na format A4, z napędem elektrycznym. Jako terminator musiałem się najpierw zapoznać z procedurą czyszczenia zespołu farbowo-wodnego, zestawu niezliczonych wałków rozprowadzających cienkie warstwy farby i wody na wałku z matrycą. Zespół był o tyle krytyczny, że po wkręcenia się w niego papieru nie mógł dalej prawidłowo działać, zwłaszcza jeżeli drukarz by się zagapił i dopuścił do rozgniecenia tej kartki na miazgę. Nigdy mi się potem nie zdarzyło całkowite wkręcenia papieru w zespół, a kiedy się na to zanosiło, czujnie wyłączałem maszynę. Matryce były blachami aluminiowymi z wytrawionym obrazem strony, z dziurkami na obu końcach, które służyły do naciągania ich na główny wałek. Jak to w druku offsetowym, wałek z matrycą czernił wałek gumowy, a dopiero ten zaczerniał papier, dociskany od dołu kolejnym wałkiem. Papier podawał podajnik, w którym wreszcie zobaczyłem gumowe łapki, jakich szukałem w Londynie. Metoda podawania papieru nie była zła, pod warunkiem, że kartki były prostokątne. Nie wiem jak to robiły polskie papiernie, ale często rozpakowywałem ryzy cięte na ukos. Jedna łapka już ciągnęła, a druga jeszcze nie dotykała tej samej kartki i papier wchodził krzywo na wałki. Na szczęście ukosy były różne z różnych końców, więc wybierałem ten mniej krzywy i jakoś szło. Offset włączało się obrotowym przełącznikiem, który w kolejnych pozycjach uruchamił kolejne zespoły, na końcu podajnik. Jego wciśnięcie wyłączało silnik elektryczny i pozwalało uratować się przed czyszczeniem zespołu farbowo-wodnego kiedy papier właśnie zaczynał się w niego wkręcać. Niektóre stare pralki mają podobne wyłączniki. Prędkość druku można było regulować dość szeroko małym pokrętłem. Zbyszek tego nie zalecał, ale po nabraniu wprawy rozpędzałem maszynę dość mocno, chyba do ok. 1,5 kartki na sekundę. Co jakiś czas, dość rzadko, trzeba było dolewać wody i nakładać farbę. Farbę miałem w dużej puszce, ale dokładało się małą szpachelką niezbyt dużą ilość. Offsety słyną z małego zużycia farby.
Dzisiaj chyba bym nie wytrzymał tej pracy. Było trochę czynności powtarzalnych, ale nie monotonnych: założenie matrycy, rozluźnienie ryzy i włożenie do podajnika, powolny start, odrzucenie makulatury, która właśnie wytarła z wałka farbę pozostałą po poprzedniej matrycy, regulacja pozycji wydruku na kartce, a przy druku dwustronnym spojrzenie pod światło czy druk pasuje do zadrukowanej wcześniej pierwszej strony. Rzadziej – czy kolor pasuje do wydruku na tej samej stronie. Równe wydrukowanie kolorów byłoby na tej maszynie bardzo żmudne, więc tylko czasem czarny był uzupełniany jakimś dodatkowym kolorem. Kiedy wszystko wyglądało dobrze, można było rozpędzić maszynę. I stać, i stać, i stać, i patrzeć: wkręci się, czy się nie wkręci. Jak teraz obliczam, przy rozpędzonej maszynie ryza drukowała się 5-6 minut, ale w podajniku mieściły chyba ze dwie ryzy. Następny załadunek papieru – i stanie, stanie, i gapienie się zespół fabowo-wodny z ręką na wyłączniku. Czasami pół piwnicy było zawalone papierem, przerobienie tego musiało trwać wiele dni. Ale wtedy lubiłem tę pracę. Nawet nie z powodu konspirowania i emocji z tym związanych. Jakoś urzekał mnie ten spokój stania przy offsecie.
Co drukowaliśmy? Słabo pamiętam. Były jakieś gazety (ale “Przegląd Pomorski” drukował Zbyszek, wyjątkowo też gazetę lokalnej “Solidarności”). Więcej pracy wymagały książki albo kwartalniki. Pamiętam, że wydrukowałem wielkie stosy “12 lat katorgi”, niezbyt ciekawej literacko książki, kolejnych wspomnień z zesłania w głąb Związku Radzieckiego w czasie wojny, jakich się wtedy ukazywało mnóstwo (zdarzały sie wspomnienia, które były literaturą, np. Obertyńskiej, ale tych nie drukowaliśmy). Zrobienie matryc do całej książki nie było łatwe i chyba “Kwadratowi” rzadko się to zdarzało. Często za to pożyczaliśmy od innych wydawnictw używane matryce, zabezpieczone gumą arabską. Pamiętam, że kiedyś szef wysłał mnie do Warszawy, gdzie byłem na Ursynowie właśnie w sprawie pożyczenia matryc, chyba u Janusza Krupskiego. Z pewnym lękiem błąkałem się długo szukając właściwego bloku. Zdarzały się też ulotki. Kiedyś Zbyszek mi zostawił do wykonania zamówienie z Poznania na demonstrację 1-majową i był to jeden z nielicznych przypadków druku z dodatkowym kolorem. A w Warszawie bywałem częściej, bo Zbyszek zajmował się też przywożeniem wydawnictw z punktu kolportażowego KPN-u (potem, chyba jeszcze gdy u niego pracowałem, zrezygnował z przynależności do tej organizacji). Czasem więc go zastępowałem, przy okazji odwiedzając znajomych. W punkcie kolportażowym w okolicach Ronda Waszyngtona mogłem dotrzeć do niektórych niedostępnych książek, bo te ciekawsze często rozchodziły się zanim dotarły do szerszego kolportażu. Niestety, w podziemiu nakłady były zwykle kilkutysięczne. Łączenie wożenia bibuły, załatwiania matryc i pracy w drukarni było wbrew wszelkim zasadom, ale taka to już była ta nasza konspiracja…
Po kilku miesiącach pracy, w maju 1988 r. przyłączyłem się do kolegów organizujących strajk studencki, mając świadomość, że to dekonspiracja i koniec mojej pracy w drukarni. Zacząłem nowy rozdział – organizowanie jawnego NZS-u i samorządu studenckiego.

Panie Rafale,
Trochę nie nie temat notki,ale…
W ostatnich komunikatach RM dotyczących nadchodzącego spędu pod Jasną Górą, oczywiście są jasne zachęty na antenie: “aby składać tzw. różę dla Matki Boskiej w rozstawionych namiotach”.
Komunikaty ponadto głoszą, aby koperty były podpisane dokładnie imieniem i nazwiskiem oraz adresem darczyńcy, aby można było za nie “później podziękować”.Nie ma nic o zgodzie na przetwarzanie danych.
Po to jest ustawa o ochronie danych osobowych aby takie rzeczy chronić.
Ciekawy jestem co na to Generalny Inspektor Danych Osobowych?
Czy to nie podpada pod to http://www.giodo.gov.pl/321/id_art/975/j/pl/
Pewnie jest jasne, że “prawdziwi darczyńcy” nigdy nie dojdą skąd u nich w skrzynce pocztowej nagle oferta ze SKOKu, lub prenumerata Naszego Dziennika.
Co Pan na to?